"Mama poczuciem winy napędzana."
Nam mamom w dzisiejszych czasach nie żyje się łatwo! Nakładamy na siebie zdecydowanie za dużo oczekiwań i cały czas czujemy się winne, że nie możemy im sprostać.
Pragniemy realizować oczekiwania, które pochodzą z naszych domów rodzinnych, np. mama prowadzi dom, w którym jest zawsze posprzątane (czytaj mama sprząta w domu), jest zawsze ugotowany obiad (czytaj mama codziennie gotuje obiad), ubrania czekają na wszystkich domowników poukładane w szafeczkach (czytaj mama pierze /w opinii niektórych robi to pralka/, rozwiesza ubranka na suszarce, ściąga, prasuje i rozkłada w odpowiednich szafkach – na okrągło dodajmy). Kiedy wszyscy schodzą się do domu panuje ład i przyjemna atmosfera, mama podaje pachnący i smakujący wszystkim obiad, potem mama daje tacie przestrzeń do odpoczynku po ciężkiej pracy, przecież sama podobno w domu „siedzi”.
Chcemy sprostać tym, które wynikają z dzisiejszego trybu życia: mama notorycznie wszystkich wszędzie rozwozi – do szkoły, przedszkola, żłobka, czy opiekunki - oczywiście potem musi wszystkich z powrotem do domu zwieźć. Mama dba o rozwój potencjału swoich dzieci, więc wsiada w samochód (jeśli taki na szczęście ma do dyspozycji) i znowu rozwozi (wszędzie dzisiaj daleko): na balet, angielski, judo, muzykę, plastykę, tańce, treningi, mecze, występy… do kolegi czy koleżanki. Czasem także do lekarza, na rehabilitację, do logopedy czy psychologa.
Mało tego, przecież dzisiaj nikt nie szanuje pracy mamy w domu. Mama musi pracować także poza domem. Najlepiej jeśli w pracy czuje się spełniona zawodowo. Podobno przez pracodawcę jest i gorzej postrzegana i gorzej opłacana, bo przecież ma dzieci. Pewnie sama. Mężczyźni zdaniem pracodawcy dzieci nie mają. A najlepiej jeśli będzie umiała połączyć pracę zawodową z życiem rodzinnym, bo godzenie powyższych to też nowe oczekiwanie, tym razem także społeczne.
Czasem mama patrzy też inaczej: do pracy idzie odpocząć. Albo ucieka. Bo z pracy ma więcej satysfakcji niż z bycia mamą. (I czemu tu się dziwić:( ) Z tym całym szaleństwem konfrontuje się dopiero po pracy. Tyle, że wtedy poczucie winy każe jej nadrabiać. Pierze, prasuje, gotuje, kupuje, maluje, rysuje i jedzie na basen. No właśnie!
Mama spełnia też oczekiwania modnej mamy: jeździ z dzieckiem na basen, chodzi na jogę, kupuje zdrową żywność, czyta dzieciom i chodzi na przeróżne zajęcia. Z dzieckiem i sama. Bo jak ktoś zarzuci mamie, że nie robi nic dla siebie, to zamiast przyjąć to za dobrą monetę, mama doładuje sobie hmm poczucia winy. A żeby go nie poczuć to umówi się do fryzjera, kosmetyczki, na kawę z przyjaciółką. Po czym wróci do domu i w jeszcze większym poczuciu winy nakarmi dzieci i postara się spełnić jeszcze kilka możliwych dziś do spełnienia oczekiwań super mamy.
A żeby jeszcze każda mama miała takie samo zdanie. Nie. Każda dokonała innych wyborów i w związku z tym, że sama ma gorzej, to innej mamie najchętniej odbierze prawo do walki o to, by było jej lepiej. Bo jak mama masochistką być nie chce, to jest wiele rzeczy, do których przyczepić się łatwo – nawet drugiej mamie.
Czy to nie zestaw naszych własnych, nierealnych i nadmiernych oczekiwań wzbudza w nas tak silne poczucie winy, że jedyne co możemy pod jego presją zrobić to ciągle starać się i starać je spełniać? A jak nie wychodzi to dołożyć sobie i poczucia winy, i odpowiedzialności, i zastanowić się nad tym, co mogłybyśmy zmienić, żeby te oczekiwania spełniać jeszcze trochę lepiej?
Nie daj Boże, żeby mama do poczucia winy miała jeszcze kilka głębszych powodów. Może organizm ją zawiódł i trudno było zajść jej w ciążę, może trudno było ją utrzymać. Może straciła dziecko, a może urodziła chore. Może rzeczywistość utrudnia jej bycie taką, jaką planowała. Może z mężem nie tworzą idealnego związku. Może dzieci nie są takie jak oczekiwała. Może są nieposłuszne, może nadaktywne, może agresywne, albo nie najlepiej radzą sobie z nauką. Może dokonują wyborów, których mama się wstydzi. Wtedy trwanie w poczuciu winy wydaje się mamie tak bardzo uzasadnione, że aż nie może się z nim rozstać.
I dla kogo mama to robi? Z czasem okazuje się, że dla siebie. Bo nie dla męża, który z tego napięcia ucieka, ani dla dzieci, które wcale nie są jej wdzięczne. Bo może właśnie dla siebie? Przecież zajmuje się ciągle swoim poczuciem winy i spełnia swoje nierealne standardy? Może wynikają one w większym stopniu z jej niespełnionych w dzieciństwie pragnień niż z aktualnych potrzeb męża czy dzieci?
Nie ma się też co dziwić, że rodzina przyzwyczaja się do mamy jak pociąg i będzie pilnować by nie wypadła z toru. Mama przecież też przyzwyczaja się do tego co dobre.
A może mama z okazji swojego święta powinna przystanąć i zastanowić się dokąd zmierza? Co jest dla niej ważne, a co może sobie odpuścić? (Już ją widzę jak trzyma się wszystkiego kurczowo, usprawiedliwiając się, że przecież w końcu robi tak, bo lubi.)
Może mama powinna ze swoim poczuciem winy się zmierzyć? Może powinna pewnego dnia wszystko sobie wygarnąć, a tuż potem sobie wybaczyć? Bo czy mama, poczuciem winy napędzana, nie utraciła satysfakcji z macierzyństwa? Czy czuje się szczęśliwa?
Bo czy odmawiając sobie prawa do szczęścia, nie uczy swoich dzieci, że jak dorosną, że jak założą rodzinę to ich szczęście się skończy? Mama poczuciem winy napędzana i tu powie sobie: „No tak jestem złą matką, dzisiaj gotując obiad będę bardziej szczęśliwa”. Dlaczego ja się dziwię. Nie tak łatwo zatrzymać pędzący pociąg. Musi sam się zatrzymać. Mogę tylko zamachać czerwoną chorągiewka.
Życząc mnóstwa wspaniałych chwil w macierzyństwie - ściskam mocno!
Magdalena Bil
P.S. A tata spytacie? Ma lepiej? Napisałabym i o tacie, ale tatą nie jestem. I bynajmniej go nie oskarżam. Bo samopoczucie mamy i taty to nie dwie strony tej samej monety. Tacie też może być trudno. Tyle, że z innych powodów.
Jakbym o sobie czytała :)